Kupujemy używane auto. Radzimy na co zwracać uwagę!

Kupujemy używane auto. Radzimy na co zwracać uwagę!


Kupno używanego samochodu to prawdziwe wyzwanie, pełne pułapek, których nie wolno bagatelizować. Ostrożność i rozwaga mogą uchronić przed oszustwem albo nieprzewidzianymi wydatkami


Od początku 2012 r. sprowadzono do Polski blisko 200 tys. używanych samochodów. Tylko w kwietniu było ich prawie 60 tys. Roczny bilans, podobnie jak w ubiegłym roku, zamknie się liczbą 600 tys. Niestety, jakość tych aut wciąż pozostawia wiele do życzenia.


Handlarze wyszukują za granicą tanie oferty mocno wyeksploatowanych i powypadkowych aut. Sprowadzają samochody, które byłyby często kwalifikowane jako złom. W efekcie 90 proc. używanych aut na naszym rynku przeszło mniejsze lub większe naprawy (dotyczy to także komisów). Kolejna plaga to auta pochodzące z kradzieży. Kupujmy zatem bezpiecznie i z rozwagą.


Krok pierwszy – legalnie


Jeśli poprawność znaków identyfikacyjnych lub dokumentów auta wzbudzi wątpliwości, od razu rezygnujmy z transakcji.

Dowód rejestracyjny – druk musi być oryginalny. Zwróć uwagę na skreślenia, zamazania, poprawki niepotwierdzone przez odpowiedni urząd komunikacji.

Jeśli w dowodzie jako właściciele wpisane są dwie osoby, obie powinny być przy transakcji i obie powinny przy nas podpisać umowę.

Numer VIN z dowodu musi się zgadzać z numerem wybitym na nadwoziu. VIN, ciąg 17 znaków, to umowny międzynarodowy kod stosowany przez producentów aut. Zawiera informację o numerze seryjnym, roczniku, rodzaju silnika, wyposażeniu i miejscu produkcji. Uwaga! Nie wszyscy producenci kodują tyle informacji. Różne są również miejsca nabijania numeru VIN. Można go znaleźć na przegrodzie czołowej, gnieździe kolumny przedniego zawieszenia, podłodze w przedziale pasażerskim, w bagażniku, na desce rozdzielczej (widoczne w dolnym narożniku przedniej szyby) – ale to nie standard. VIN powtórzony jest zwykle w kilku miejscach – na nadwoziu, tabliczce znamionowej czy innych tabliczkach informacyjnych.

 

Właśnie znaki identyfikacyjne są najczęściej przerabiane przez złodziei. Numery są przebijane lub nabijane w nowych miejscach. Musimy ocenić, czy czcionka jest oryginalna, a sposób nabicia i miejsce – charakterystyczne dla danego producenta. Szukajmy też podejrzanych spawów w okolicy VIN, bo nieuczciwi sprzedawcy potrafią wstawiać całe fragmenty karoserii z zupełnie innym kodem. Czujność powinny wzbudzić wszelkie zabiegi lakiernicze w pobliżu numeru, zmiany odcienia farby czy faktury powierzchni. Każdy ślad przerabiania znaków to powód, by odstąpić od transakcji.

Ważne! Jeśli nie wychwycimy oszustwa związanego z VIN, jego sprawdzenie w policyjnej bazie danych nic nie da. Lepiej spisać kod, rozszyfrować go w punkcie dilerskim marki i sprawdzić z papierami auta. Pozwoli to również ustalić liczbę wykonanych przeglądów i napraw.

Można też sprawdzić pojazd na epuap.gov.pl. Zweryfikujemy tam markę samochodu, numer rejestracyjny, serię i numer dowodu (także pozwolenie czasowe), datę rejestracji, dane właściciela, zgodność numeru VIN. Korzystanie z serwisu jest bezpłatne.

Ciągi znaków identyfikacyjnych rozszyfrowują także bezpłatne bazy internetowe VIN Check. Ale te informacje również nie dają pewności legalności samochodu. Przestępcy podrabiają dokumenty, „klonując” auta, albo dopasowują numery VIN w kradzionych egzemplarzach do legalnych danych istniejących w bazach wydziałów komunikacji.

O absolutną pewność jest trudno. Najbezpieczniej kupić auto pochodzące z polskiego salonu, gdy sprzedający ma fakturę zakupu. Jeśli pojazd miał już kilku właścicieli, a oryginalny rachunek wciąż istnieje, można zweryfikować jego prawdziwość w salonie, który go wystawił. Nawet przy braku faktury można sprawdzić pochodzenie samochodu u dilera, który sprzedał samochód.


Krok drugi – kontrola techniczna


Bezwypadkowość. Szukamy śladów wypadków i określamy skalę uszkodzenia. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na zmiany odcienia lakieru, pofalowane blachy (często schowane pod dywanikami), rozmaite „wyklejki” kryjące ślady klepania lub rozciągania (zwłaszcza na progach i słupkach), nierówne odstępy między elementami, nieoryginalne podzespoły, ślady farby na uszczelkach lub szybach, warstwy szpachli (do wykrycia prostym przyrządem do sprawdzania grubości lakieru).

Stan techniczny. Jazda próbna pozwoli wychwycić tylko drobne wady podwozia, sprawdzić hamulce, skrzynię biegów i układ kierowniczy. Najlepiej skontrolować auto w wyspecjalizowanym warsztacie lub centrum diagnostycznym, gdzie sprawdzą geometrię, stan podwozia (ok. 50 zł), kondycję silnika (100-200 zł), prawidłowość wymiarów płyty podłogowej (300-500 zł).

Uwaga! Jeśli sprzedający zgodzi się na kontrolę w serwisie, to my musimy wybrać miejsce. Nieuczciwy sprzedawca może nas zaprowadzić do zaprzyjaźnionego warsztatu.

Stan licznika. Bez wizyty u dilera marki trudno ustalić faktyczny przebieg samochodu. Ocena na oko to zły sposób. Dane z książki serwisowej też nie wystarczą – można ją kupić i spreparować. Kierujmy się zasadą: małe auta pokonują przeciętnie 10 tys. km rocznie, większe – 15-20 tys., diesle – nawet 30 tys., a służbowe (w tym taksówki) – 50-100 tys. Korzystajmy z baz internetowych, takich jak Cerfax czy Autocheck – gromadzą dane o przebiegach podczas przeglądów i informacje o udziale aut w kolizjach. Pamiętajmy, że cofanie liczników w Polsce to prawdziwa plaga. Taka czynność wciąż nie jest uznana u nas za przestępstwo.

Ślady zużycia. Sposobem na wykrycie licznikowego oszustwa są dokładne oględziny elementów wnętrza. Mocno wytarte elementy gumowe (na przykład na pedałach), zniszczona tapicerka siedzeń, wytarta gałka dźwigni zmiany biegów i kierownica, zapadnięte siedziska foteli, „zeszlifowane” elementy z tworzyw sztucznych w okolicach progów czy poszarpane wykładziny podłogowe świadczą o wyjątkowo długiej eksploatacji. Auto z takimi śladami ma przejechane dużo więcej niż kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Zawodowi handlarze zazwyczaj wymieniają drobne elementy, by uwiarygodnić przebieg auta (zwłaszcza nakładki na pedały i nakładki progowe). Widok takich nowiutkich detali w kilkuletnim pojeździe powinien wzbudzić podejrzenia.

Wynajmij eksperta. Zaprzyjaźniony mechanik to za mało. Potrzebna jest szersza wiedza i opinia na piśmie, przydatna przy postępowaniach sądowych.

Korzystajmy z pomocy rzeczoznawców, np. ze Stowarzyszenia Rzeczoznawców Techniki Samochodowej i Ruchu Drogowego (rzeczoznawcy.com.pl), Polskiego Związku Motorowego (pzm.pl) czy Poleksmot (poleksmot.pl).

Wynajęcie eksperta to koszt 100-300 zł, a kompleksowa kontrola – 800-1000 zł.


Krok trzeci – dobra umowa


Umowa nie musi być podpisana w obecności prawnika, nie wymaga się specjalnego druku ani konkretnych zapisów. Musi jednak jak najlepiej chronić nasze interesy.

Nie zgadzajmy się na umowę z niekorzystnymi dla nas zapisami, które sprzedający uzasadnia „wymogami prawa”.

Przykład: „Stan techniczny jest znany kupującemu i nie będzie on rościł z tego powodu żadnych pretensji”. Jeśli sprzedawca upiera się przy takim punkcie, to dopiszmy, że nie dotyczy to wad ukrytych, które wyjdą na jaw w dalszej eksploatacji. Cenny jest punkt, w którym sprzedający informuje, że wad ukrytych nie ma.


Co powinno się znaleźć w umowie?

Data podpisania. Dane sprzedającego i kupującego – imiona, nazwiska, adresy, PESEL, numery dowodów tożsamości. Opis przedmiotu transakcji: marka, model, numer rejestracyjny, numer VIN (nie wymaga się numeru silnika) i rok produkcji. Zapis, że auto stanowi własność sprzedającego, jest wolne od wad prawnych i nie ma obciążeń ze strony osób trzecich.

Warto podać: deklarowany przebieg auta, aktualny stan licznika, informację o wypadkowej przeszłości auta, stwierdzone uszkodzenia, wykaz odebranych kluczyków.

Im więcej szczegółów, tym lepiej. Nawet godzina transakcji może okazać się istotna.

 

Uważaj na „okazje”


Ostrożnie podchodźmy do ofert o bardzo atrakcyjnych cenach. Są różne uzasadnienia, ale zazwyczaj chodzi o szybką sprzedaż nielegalnego auta.

Przykład 1. Gdy kupiłeś kradzione auto. Pan Leszek zamiast nowego auta zdecydował się kupić za te same pieniądze używany samochód – większy, mocniejszy i lepiej wyposażony. Za sumę, którą dysponował, nie kupiłby nawet forda focusa, a z ogłoszenia nabył pięcioletniego forda mondeo, z turbodieslem pod maską. Samochód miał ważny przegląd techniczny. Auto spisywało się znakomicie. Po roku, przy kolejnym przeglądzie, w stacji diagnostycznej pojawili się funkcjonariusze policji wezwani przez pracownika, który stwierdził przebicie znaków. Auto odholowano na policyjnyparking i wszczęto sprawę karną. Nie odnaleziono sprzedawcy, bo zafałszował dane.

Jeśli sprawa zostanie umorzona (zwykle po trzech miesiącach), a policja ustali, że samochód był skradziony, to auto zostanie zwrócone prawowitemu właścicielowi. Pan Leszek straci samochód i pieniądze.

Jeśli za skradziony samochód zostało już wypłacone odszkodowanie, to zostanie on przekazany ubezpieczycielowi. Wtedy będzie można odkupić pojazd. Pan Leszek zdecyduje, czy chce zapłacić za niego po raz drugi.

Gdyby od daty zakupu minęły trzy lata, to pan Leszek zyskałby prawo własności, ale tylko w przypadku nieustalenia prawowitego właściciela.

Ważne! Jeśli kupimy samochód pochodzący z kradzieży, może nam zostać postawiony zarzut paserstwa. Musimy więc udowodnić, że kupiliśmy pojazd bez wiedzy o nielegalnym pochodzeniu. Ważne jest formalne sprawdzenie legalności z potwierdzeniem na piśmie.

Gdyby pan Leszek odnalazł sprzedawcę, miałby komu wytoczyć sprawę sądową w ramach tzw. powództwa adhezyjnego, czyli cywilnego w ramach procesu karnego toczonego z urzędu przeciw sprawcy oszustwa. Jest to istotne, bo sprawy karne trwają krócej niż cywilne. W takim procesie można starać się o unieważnienie umowy i zwrot kosztów zakupu, kosztów poniesionych po zakupie i zwrot utraconych korzyści.

Niestety, odzyskanie pieniędzy to trudna droga. Samochodowi złodzieje wykorzystują podstawionych ludzi. Bezpieczniej jest kupować samochody w komisach – są zobowiązane do sprawdzania samochodów i informowania klientów o wadach aut. W przypadku problemów można zaskarżyć komis za niedopełnienie obowiązków.


Przykład 2. Gdy samochód okazał się wrakiem. Pan Darek z Warszawy kupił Suzuki Swift. Samochód miał bogate wyposażenie i atrakcyjną cenę, którą sprzedający tłumaczył wypadkową przeszłością pojazdu. Wcale tego nie ukrywał, mailem przesłał zdjęcia rozbitego reflektora i pogiętego błotnika. Pan Darek ocenił uszkodzenia jako drobne. Ślady naprawy były niezauważalne, a wnętrze kusiło systemem multimedialnym. Była to prawdziwa okazja, ale szybko pan Darek pożałował zakupu. W deszczowe dni auto było wręcz trudne do opanowania, a w okolicach tylnych lewych drzwi przeciekała do wnętrza woda. Po trzech tysiącach kilometrów część bieżnika opon była wytarta do zera. Mechanicy stwierdzili, że samochód był po ciężkim zderzeniu czołowym. Konstrukcję odbudowano niechlujnie, prostując „na siłę”, co się da, albo rozcinając i ponownie spawając. Ani jedna powłoka sylikonowa w komorze silnikowej nie była wykonana fabrycznie. Lewe słupki – przedni i centralny – nosiły ślady prostowania. Podobnie lewy próg drzwiowy. Szczelina między krawędzią drzwi a dachem miała 1,5 zamiast 0,4 cm. Cała karoseria była zwichrowana, co tłumaczyło niebezpieczne zachowania na drodze i przyśpieszone zużycie ogumienia.

Sprzedający wszystkiego się wyparł. Twierdził, że nic nie wiedział o uszkodzeniach. Pan Darek zwrócił się do powiatowego rzecznika praw konsumentów, który udziela bezpłatnej pomocy w takich sprawach. Do rozprawy przed sądem konsumenckim (nie wymaga opłat i rozpatruje sprawy w 14 dni) nie doszło. Wymagana jest zgoda obu stron, a sprzedający odmówił uczestnictwa.

Pozostał proces cywilny. Niestety, może trwać latami i nie gwarantuje zwrotu pieniędzy. Nawet jeśli sąd udowodni winę sprzedającemu, to pozostaje problem spłaty roszczeń. Pan Darek zrezygnował z drogi sądowej, na którą i tak nie miał już pieniędzy. Ma niesprawny samochód, którego nie można naprawić. Zapewne sprzeda go szybko, by pozbyć się kłopotu.

Dochodzenie swoich praw jest w Polsce trudne. Dlatego kupujmy używane samochody wedle zasady „dmuchaj na zimne”. Lepiej sprawdzić wszystko kilka razy, niż raz zostać oszukanym.


Źródło: moto.pl

{loadposition NC}